Intel Extreme Masters to jedna z największych imprez e-sportowych na świecie. Początkowo, gdy byłem na etapie uzyskiwania akredytacji dla zespołu HelpMac?a, nie zdawałem sobie z prawy z rangi tego wydarzenia. Dopiero na mniej więcej tydzień przed jej oficjalnym rozpoczęciem, uświadomiłem sobie, jak ważnym sukcesem dla naszego kraju, jest możliwość organizowania takich igrzysk. Zrozumiałem to dopiero gdy było pewne, że ekipa dziennikarzy z naszego serwisu, pojawi się w Katowicach. Wcale nie było to jednak takie oczywiste…

Przygotowania do wyjazdu na Intel Extreme Masters ruszyły na początku grudnia 2012 roku – wtedy, po zebraniu dziennikarskiego zespołu wystąpiłem o oficjalne akredytacje dziennikarskie. Chociaż HelpMac?a, prowadziłem i wciąż prowadzę sam, to bardzo zależało mi na tym, aby w Katowicach móc pojawić się z moimi przyjaciółmi, których wiedza o grach i e-sporcie jest wielokrotnie większa niż moja. Wystąpiłem zatem o możliwość oficjalnego dostępu dla: Wojtka Kramarza – fana cyber-rozgrywek, który jako pierwszy powiadomił mnie o tej imprezie, Piotrka Pawlusia – mojego kolegę, jeszcze z przedszkola, obecnie fana wielu rozrywek pecetowych, a także użytkownika iPhone oraz dla Bartka Traciaka – zapalonego zawodnika w większość mobilnych i stacjonarnych gier komputerowych. Muszę nie bez wstydu przyznać, że najsłabszym ogniwem tego zespołu, byłem ja – głównie ze względu na to, że w ostatnim czasie wszystkie moje wysiłki poświęcałem na budowę tego serwisu. Ten wyjazd pomógł mi jednak nadrobić zaległości i zdobyć w miarę aktualną wiedzę. Moje braki starałem się rekompensować dobrą obsługą medialną i techniczną wyjazdu.

Pierwsze trudności 

Jak już wspomniałem, jeszcze kilkanaście dni przed IEM, nie byłem pewnym czy się tam pojawię. Z tego powodu rezerwację noclegu zostawiłem na pierwsze dni stycznia – wydawało mi się, że to dobry termin, bo każdy powinien być wtedy pewny, czy będzie mógł być członkiem teamu HelpMaca. I tak było. Gdy zacząłem dzwonić po hotelach, okazało się, że wszystkie miejsca są już zajęte. Odpowiedź często brzmiała następująco: ?mogę zarezerwować pokój w każdym dniu stycznia byle nie był to weekend od 18 – 20?. Wtedy po raz pierwszy zacząłem zdawać sobie sprawę z rozmiarów tej imprezy. Skoro w mieście takim jak Katowice, nie można znaleźć jakikolwiek wolnego nocleg, to co będzie działo się na miejscu? Pytałem retorycznie sam siebie. Miejsce postuju udało mi się znaleźć dopiero po kilku dniach szukania i dzwonienia po dziesiątkach lokalizacji. Prawdopodobnie nie było zajęte tylko dla tego, że nie miało strony internetowej, a informacje o nim, nie były dostępne w żaden sposób w sieci. Doradził mi je, właściciel droższego i bardzo obleganego pensjonatu. Ponieważ wszystkie ustalenia odbywały się w sposób wyłącznie telefoniczny, zmuszeni byliśmy ryzykować i jechać trochę ?w ciemno?, nie wiedząc, czy w ogóle taka lokalizacja istnieje. Emocje związane z wyjazdem, przewyższyły te nerwy i nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć w drogę.

Wyprawa

Dębicę od Katowic dzieli około 200 kilometrów. Od listopada ubiegłego roku, trasę można przebyć w końcu wiele szybciej – jadąc od Tarnowa, nowo wybudowanym odcinkiem autostrady A4. Pomimo iż nie jest on jeszcze w pełni gotowy i przez pewien czas, należy poruszać się jednym pasem, mijając się z autami z naprzeciwka, to i tak znacząco skraca to czas jaki należy poświęcić na podróż. Postanowiliśmy z tego skorzystać i do Katowic wyruszyliśmy, z samego ranka 18 stycznia. GPS pokazywał przybycie na krótko po 9:00, a IEM zaczynał się dopiero o 11:00. Mieliśmy zatem jeszcze chwilę, aby wstąpić do jednej z Katowickich galerii i kupić mikrofon, którego nie udało mi się znaleźć w Dębicy. Trasa i zakupy przebiegły bez żadnych atrakcji, no może za wyjątkiem, małego błądzenia po nieznanym mieście i dotarcia pod właściwy adres, ale… w Sosnowcu a nie w Katowicach. Ot uroki podróżowania po megalopolis. 

Moment gdy zajechaliśmy pod Katowicki Spodek z pewnością zapamiętam do końca życia. Byliśmy tam jeszcze przed godziną 11:00, zatem przed oficjalnym rozpoczęciem igrzysk. Na placu przed budynkiem, stało tysiące ludzi, oblegając wszystkie główne wejścia. Zobaczyłem sporo biało-czerwonych flag, ludzi w naprawdę różnym wieku, z niecierpliwością czekających na moment kiedy będą mogli zająć miejsce na trybunach. Gdy z dużym trudem udało nam się znaleźć wolne miejsce na parkingu i ruszyliśmy do hali, czuliśmy się jak przed ważnym meczem sportowym. Zwłaszcza, że różnica pomiędzy sportem, a e-sportem, coraz bardziej się zaciera. Gry nie wymagają już długotrwałego przesiadywania przed komputerem i wpatrywania się w małe kropeczki, a coraz częściej zmuszają gracza do ruchu całym ciałem jak w przypadku kontrolera Kinnect. Te pozycje, które wciąż dominują na klasycznych komputerach, także wymagają sporo myślenia i niebywałego refleksu. Zrozumiałem to dopiero wtedy.

IEM

Na całe szczęście, dla graczy, organizatorów i prasy przygotowano specjalne wejście, do którego nie było kolejek. Tym samym na kilka minut przed 11:00 byliśmy już w Spodku. Przed nami otworem stała wielka hala, z setkami komputerów i rosnącą liczbą osób w środku. O tym jednak opowiem już za chwilę, w relacji z całej imprezy 😉

Jakub Stanisław Wolak