Wirtualizacja czyli możliwość uruchamiania ?systemu w systemie? coraz popularniejsza robi się w produktach Microsoftu – szczególnie od wersji ?7?, która to w edycji professional lub wyższej pozwala na uruchamianie Windowsa XP,  w którym można korzystać z programów, które nie działają w najnowszej odsłonie produktu od Giganta z Redmond. Także i w systemie Apple możliwa jest wirtualizacja innych platform. I szybko się okazuje, że jest ona jeszcze przyjemniejsza niż na Windows.


Z uroków wirtualizacji korzystam już od przynajmniej kilku lat. W Windowsie XP, którego zwykle instalowałem w maszynie wirtualnej, zawsze testowałem programy w wersji beta, lub te do których nie miałem pewności, czy aby nie zaśmiecą mi zanadto systemu. Gdy kupiłem sobie laptopa z Windows 7 Pro, zainstalowałem w nim tryb XP, a w nim Office 2003 i OpenOffice i kilka innych wcześniejszych wersji programów, aby mieć zapewnioną pełną kompatybilność i móc podglądnąć, jak zapisany dokument w nowszej edycji aplikacji będzie wyglądał w starszej. Także gdy planowałem przesiadkę na OSX wiedziałem, że w wielu rzeczach Windows jest niezastąpiony i przynajmniej przez jakiś czas będę musiał korzystać z produktu Microsoftu zainstalowanego w maszynie wirtualnej.

Dlatego też jednym z pierwszych programów z jakiego zacząłem korzystać był Parallels Desktop 7. Dlaczego akurat ten? Prawdę powiedziawszy teraz trudno mi sobie przypomnieć, dlaczego akurat taką podjąłem decyzję. Muszę jednak przyznać, że od samego początku zaskoczył mnie prostotą i wygodą obsługi. W porównaniu do VirtualBoxa i VirtualPC z których korzystałem w Windowsie, interfejs tej aplikacji jest niezwykle intuicyjnie ułożony, tak, że przygotowanie do instalacji Sevena zajęło mi raptem minutę. No właśnie – ponieważ podoba mi się pakiet Live Essentials, który działa poprawnie jedynie w Windows Seven, zdecydowałem się na instalację tego systemu. Już na wstępie instalator zapytał mnie czy chcę korzystać z tzw. ?trybu zintegrowanego?. Nie do końca wiedząc jak będzie on działał zaryzykowałem i wybrałem go. Formatowanie i przygotowanie ?komputera? do użycia trwało około 20 minut, łącznie z instalacją SP1, który mam połączony z obrazem instalacyjnym. Czyli dużo szybciej niż na tradycyjnym komputerze, ale to pewne przez to, że wszystko robiłem z dysku komputera, bez korzystania z jakiejkolwiek płyty. Później pojawił mi się Windows, ale bez trybu aero i w normalnym oknie. Więc zacząłem standardową konfigurację, tak jak na tradycyjnym PC. Dopiero po pierwszym restarcie, po zainstalowaniu jakiegoś tam update, Parallels zaproponował mi wgranie ?Parallels Tools?. Nazwa ta nie mówiła mi wiele, ale jeszcze raz zaryzykowałem.

Po kolejnym restarcie Windows… znikł. Okazało się, że działa w tzw. trybie koherentnym, a wszystkie ustawienia doskonale zgrały się z OSX?em, tak, że klikając w ikonkę Parallelsa w docku systemowym pojawiało mi się menu start znane z Windows. Natomiast uruchomione z niego programy działają tak jakby były natywnie zainstalowane w środowisku Mac. To niezwykłe udogodnienie. Zabrałem się więc za instalację poszczególnych programów. Po wgraniu już dosyć sporej bazy programów, okazało się, że w menu kontekstowym ?utwórz za pomocą? mam dostęp do Windowsowych programów. Wystarczy, że wybiorę z tej listy program zainstalowany w wirtualnym Windowsie i uruchomi mi się tylko on. Bez paska start, tapety i żadnych innych okienek. Oczywiście jest też opcja uruchomienia programu na pełnym ekranie, co także przydaje mi się, gdy chcę skupić się na jakimś zadaniu, które mogę wykonać wyłącznie w Windows. Co więcej w trybie integracji mam dostęp do wszystkich dokumentów zapisanych w Windows, a wszystkie elementy na pulpicie z Liona są widoczne na Sevenie. Gdy zmienię coś w systemie wirtualnym, zmieniam coś jednocześnie na Macu i odwrotnie.

No, ale w końcu znalazłem odpowiedniki wszystkich potrzebnych mi Windowsowych programów, które nie mają swojej wersji na OSXa. I przez jakiś czas wydawało mi się, że wirtualny Seven jest mi już nie potrzebny. Niestety tylko do czasu. Gdy znajomy przyszedł do mnie z dyskiem w formacie NTFS okazało się, że jest to system plików zupełnie nie wspierany przez Maca. Istnieją programy, które potrafią o to rozbudowania możliwości systemu

Apple, ale mogą więcej zamieszać niż naprawić. Dlatego niezbyt pewny siebie włączyłem maszynę wirtualną i podpiąłem do niej napęd zewnętrzny. Pamiętałem, że gdy w VirtualBoxie korzystałem z pendrive podłączonego do XP, kopiowanie na niego plików  trwało koszmarnie długo. Jakież było moje zdziwienie gdy prędkośćkopiowania była identyczna jak w normalnym komputerze z Windowsem. Niedługo później zainstalowałem także sterowniki od mojej drukarki w Sevenie, które choć dostępne były dostępne na Maca, jeszcze nie zostały dopracowane pod Liona. Podczas oczekiwania na wydanie oficjalnej wersji dla najnowszego produktu Apple, radziłem sobie drukując przez Windowsa. Domyślam się więc, że korzystanie z jakichkolwiek innych produktów na USB, które nie mają wsparcia na OSXie, także nie będzie żadnym problemem.

Jednak nie tylko Windowsem świat swoi! Dlatego gdy tylko znalazłem wolną chwilę zabrałem się za wirtualizację Linuxa na Macu. Zwłaszcza, że Parallels Desktop już na starcie zachęca do instalacji Ubuntu lub Fedory (cały czas zadaje sobie to pytanie czemu tylko tych dwóch dystrybucji). Po wybraniu instalacji automatycznej program sam pobiera i konfiguruje system. Niestety okazało się, że nie ma możliwości wyboru instalacji polskiej wersji i gdy chce się mieć język polski, trzeba pobrać tą edycje samodzielnie. Brakuje także integracji znanej z Windowsa. Nie można więc tym sposobem uruchamiać programów z Linuxa na Macu. Trzeba ograniczać się jedynie do okienka na ekranie w którym widzimy cały pulpit systemu. Parallels potrafi też wirtualizować OSX?a. Choć w tym wypadku jest dostępny tryb zintegrowany ja specjalnie nie wybierałem go, bo chciałem mieć bezpieczną przestrzeń do sprawdzania wszystkich niepewnych programów – taką jaką robiłem sobie kiedyś w Windowsie. W tym wypadku także system pobrał się z sieci automatycznie, choć trwało to dużo dłużej niż pobieranie Linuxa.

Parallels Desktop to najlepszy program do wirtualizacji z jakiego korzystałem. Choć miałem okazję sprawdzić chyba wszystkie – nawet płatne VMware, które jednak odciągnęł mnie od siebie mnogością funkcji, jakich wiele nie jest mi potrzebnych zwykle na komputerze. Wszystkich, którzy obawiają się więc przesiadki na Maca, mogę więc śmiało zapewnić – dzięki temu programowi wszelkie niedogodności związane ze zmianą systemu, zostają zatarte i pozostaje jedynie przyjemność z poznawania nowego systemu. Tych, którzy już korzystają z Maca od lat zachęcam natomiast do sprawdzenia Windows 8, którego także da się automatycznie pobrać i zainstalować w Parallelsie. Warto przekonać się czy nowy system ma szanse zawojować rynek.