surething

Większość polskich użytkowników, nawet nie zastanawia się nad tym, jak istotne znaczenie ma to, z jakiej wyszukiwarki internetowej korzystają. Zwykle automatycznie wpisują poszukiwaną frazę w Google i przechodzą do jednego z pierwszych wyników. Rezultaty są dobre, zatem po co szukać alternatyw? Gdy bliżej przyjrzeć się temu faktowi, odpowiedź nasuwa się sama: aby zmotywować giganta z Mountain View do pracy i aby te rezultaty, były jeszcze lepsze! I m.in dlatego bardzo czekam na Binga w Polsce.

Przed rozpoczęciem lektury tego artykułu, warto uświadomić sobie, ile adresów stron, tak naprawdę pamiętamy? Gdyby przyszło nam żyć bez wyszukiwarek internetowych, to szybko okazałoby się, że odwiedzalibyśmy tylko te najpopularniejsze serwisy, a żadne mniejsze, nowe, nie miałyby szans na zdobycie czytelników. Skazani bylibyśmy więc na łaskę, albo niełaskę tylko tych gigantów, którzy mieliby odpowiednie środki, na skłonienie nas do zapamiętania swoich adresów. Tak na szczęście nie jest i dziś każda informacja, ma szansę na zdobycie milionów czytelników z całego świata. Jednocześnie, należy uświadomić sobie, jak potężne jest to narzędzie. I jak niebezpieczne jest wykorzystywanie go tylko przez jednego operatora.

Kilka lat temu internetowym żartem było hasło „jeśli niema Cię w Google, to nie istniejesz”. Dziś przytacza się to samo, w kontekście Facebooka. Jednakże, w kwestii wyszukiwania informacji, wciąż Gigant z Mountain View, jest liderem. To właśnie algorytmy stworzone w tym mieście, przesądzają o tym, jak wysoko dana pozycja znajdzie się w rankingu wyników. A to decyduje o tym, na jaką stronę wejdziemy, a o jakiej, możliwe, że nigdy się nie dowiemy. I dlatego też tak bardzo oczekuję na jeszcze większe umiędzynarodowienie się Binga i pełną, polską wersję językową tego produktu.

Wojna gigantów

Microsoft ma swoją wyszukiwarkę internetową już od 2006 roku. Funkcjonowała ona pod nazwą „MSN Search” i nigdy nie zdobyła większego uznania u internautów. Z racji tego, że była dodatkiem w portfolio Microsoftu, a firma ta w tych latach słynęła i zarabiała głównie na systemie Windows i pakiecie Office, to niski udział tego produktu w rynku, nie był problemem dla szefostwa tej firmy. Sytuacja zaczęła zmieniać się mniej więcej od 2008 roku, gdy Google poważniej zaatakował elementy zdominowane do tej pory przez Giganta z Redmond. Pojawił się bezpłatny pakiet Google Docs, który w wielu podstawowych zastosowaniach był alternatywą dla biurowych narzędzi Microsoftu, oraz Android, który dzięki otwartym źródłom, szybko podbierał użytkowników platformie Windows Mobile. Coraz głośniej mówiło się także o Chromie OS, który miał stać się alternatywą dla Windowsa. Steve Ballmer, postanowił nie poddawać się bez walki i zaatakować usługę, z której jego przeciwnik czerpał niemal wszystkie dochody. I tak powstał Bing.

Z dużej chmury mały deszcz

Pamiętam, że jej premiera była sporym wydarzeniem w świecie IT. Sam produkt już od samego początku robił piorunujące wrażenie. Zerwał ze stylem „białej strony”, jaką do tej pory oferował Google i wszyscy jego konkurenci. Microsoft wprowadził bardzo interesujące, codziennie zmieniające się zdjęcia, co aż zachęcało do ustawienia go jako stronę startową. Także funkcjonalnie był bardzo ciekawy: wprowadził dynamicznie rozwijającą się witrynę z grafikami, podczas gdy Google ciągle wymagało klikania w przycisk przekierowujący do następnej strony. Niestety, wciąż ustępował swojemu przeciwnikowi, w tym co w najważniejsze: w wyszukiwaniu. Rezultaty odnajdywania stron były o niebo lepsze niż to co oferował MSN, ale ustępowały Google’owi. I o ile Microsoft dosyć szybko nadrobił braki w anglojęzycznej wersji, to inne kraje wciąż pozostawały i pozostają daleko w tyle.

To musi być główny produkt Microsoftu!

Choć dzieci urodzone w dniu premiery Binga, wciąż są w przedszkolach, to sytuacja w świecie IT od tego czasu uległa wielkim przemianom. System, który składa się tylko z przeglądarki, coraz szybciej podbiera użytkowników Windowsowi, mogącemu pochwalić się potężnym zbiorem oprogramowania. Wszystko przez to, że coraz więcej operacji wykonujemy w internecie i coraz mniej potrzebujemy klasycznych aplikacji. Microsoft zdaje sobie z tego sprawę i przenosi coraz więcej swoich narzędzi do sieci, wydaje je na konkurencyjne platformy, oraz coraz silniej integruje z internetem swój system. Jednakże mam wrażenie, że wciąż, gdzieś w odstawce leży narzędzie, które mogłoby być potężną bronią Microsoftu. I jest nim właśnie Bing.

Google, pomimo wielkiej popularności Androida, umacniania się pozycji Gmaila, sprzedawania użytkownikom dodatkowej przestrzeni dyskowej w Drive, wciąż główne dochody czerpie z wyszukiwania. To reklamy wyświetlane w wynikach sponsorowanych i usłudze Google Adsense, generują przychód, który pozwala na inwestowanie miliardów w pozostałe produkty. Gdyby go zabrakło, albo strumień pieniędzy zacząłby wysychać, szefostwo firmy mogłoby mieć spory problem, z utrzymaniem tylu, wciąż niedochodowych projektów, jakie są w ofercie firmy. Nie rozumiem zatem, czemu, skoro jego przeciwnik czerpie z tego takie pieniądze, Microsoft nie decyduje się, zdobyć ich części. Zwłaszcza, że jest na dobrej drodze.

Ja chętnie porzuciłbym Google

Już dziś, jako świadomy użytkownik, gdy potrzebuję wyszukać czegoś w języku angielskim, korzystam właśnie z Binga. Po pierwsze dlatego, że jestem świadom, że oddaję Google’owi całe pole mojej prywatności. Stale informuję ich o mojej lokalizacji, przechowuję na ich serwerach całą moją skrzynkę pocztową, oraz wiele zdjęć i innych danych w ich chmurze. Dodatkowo daję im możliwość kontrolowania wszystkich moich wyszukań. Chętnie przekazałbym ten ważny aspekt, innemu gigantowi, aby zbytnio nie uzależniać się od jednej firmy. Mocno wierzę też w zdrową konkurencję i w to, że Bing zmotywuje Google do dalszego udoskonalenia swojego produktu. Ostatnio obserwuję mały zastój na tym polu, który spowodowany może być właśnie brakiem ostrej konkurencji ze strony Microsoftu.

Nie mniej ważny będzie też fakt, że w takiej walce, dużo trudniej będzie o wprowadzenie swoistej cenzury. W chwili obecnej usunięcie strony z wyszukiwarki, może okazać się zabójcze dla większości witryn. Gdyby na rynku funkcjonowały dwa osobne produkty, to moc oddziaływania jednego z nich, byłaby dużo słabszy. Wzajemna rywalizacja, uniemożliwiłaby też jakiekolwiek ingerowanie w wyniki, bo mogłoby to skończyć się utratą zaufania i w konsekwencji tysięcy użytkowników. Dziś niestety, nie jest to takie proste.

Jako użytkownik Apple, bardzo wyczekujący Siri w języku polskim, zdaję sobie sprawę, że pojawienie się tej usługi, może być bardzo uzależnione właśnie od wydania polskiej wersji Binga! Asystentka Apple odpowiadając na nasze pytania, korzysta właśnie z serwerów Microsoftu. Jeśli zatem produkt Satyi Nadelli będzie w naszym języku wciąż kiepski, to i pomoc ze strony usługi Tima Cooka, może być na podobnym poziomie. Możliwe więc, że Apple wstrzymuje się z rozpropagowaniem tej usługi na inne kraje, czekając na Microsoft i udoskonalenie jego wyszukiwarki.

Ostatnim i wcale nie najmniej ważnym powodem jest to, że… po prostu podoba mi się Bing. Jego interface jest bardzo prosty, ale zarazem nie tak nudny jak ten od Google. Z wyszukiwarki korzystam kilkadziesiąt (a niekiedy nawet kilkaset) razy dziennie i dlatego bardzo lubię patrzeć na dużo elegantsze wyniki Microsoftu. Niestety, z racji tego, że wciąż lepiej spasowane są te od Google, to wciąż są one tylko dodatkiem, do mojej codziennej pracy.

To, co jeszcze kilka lat temu, wydawało się być niemożliwe, dziś staje się koniecznością. Bing musi stać się czołowym produktem w portfolio Microsoftu. Jeśli tak by się stało, to gigant mógłby zawalczyć o sporą część zysków, jakie zdobywa konkurent i bardzo mu tym zaszkodzić. Jednocześnie dla nas użytkowników, może przynieść to więcej zysków niż strat. Czekam, aż Satya Nadella się o tym zorientuje. I to jedno z moich technologicznych życzeń na 2015 rok.