Ubuntu jest jednym z najszybciej rozwijających się systemów operacyjnych. Wydania z długim okresem wsparcia (ang. Long Term Support), przeznaczone przede wszystkim dla biznesu, pojawiają się co dwa lata. Natomiast aktualizacje wydań, przeznaczonych ?pod strzechę?, szybciej wprowadzające nowe opcje, wydawane są co pół roku. Pomimo tego, nie spodziewałem się, że po raptem dwuletniej przerwie, system ten aż tak bardzo się zmieni.

Produkt Canonical pierwszy raz zaskoczył mnie już w momencie instalacji – gdy zaproponował mi pobranie i zainstalowanie zamkniętoźródłowych wtyczek Flash kodeków MP3… To bardzo przydatne rozwiązanie, pozwalające wgrać najważniejsze opcje, już podczas dodawania systemu. I jednocześnie ciekawy przykład jak obejść otwartą licencję:  nie można tych elementów umieścić w systemie, bo należałoby wtedy przedstawić ich kod, a więc należy zaproponować użytkownikowi możliwość dogrania ich z sieci. I wilk syty i owca cała. Instalacja, po zaakceptowaniu tej procedury trwała jakieś 40 minut. Wynik w sam raz, dużo lepszy od OSX, który w całości pobierał się z sieci, co trwało około 5 godzin, oraz podobny jak Windows. System wgrywałem z poziomu płyty CD.

Po instalacji, podobnie jak w Windows i przeciwnie jak w Maku, konieczne było jeszcze wgranie kilku nowych aktualizacji. Wraz z nimi zainstalowały się także wszystkie brakujące sterowniki. Po jakiś 15 minutach i pobraniu 300 MB z sieci, system w końcu zaprezentował się jako gotowy do pracy.

Linux wygląda dziś zupełnie inaczej niż jeszcze dwa lata temu. Wszystko przez powłokę  Unity, która od wersji 11.04 ostatecznie zastąpiła GNOME. Od razu w oczy rzuca się pasek ze skrótami do programów, zbliżony do docka w Mac OS X. Z tym, że ten w Ubuntu jest po lewej stronie ekranu i nie można go stamtąd przenieść. Równie Makowa jest  zresztą górna belka, która łudząco przypomina – zarówno wyglądem jak i funkcjonalnością – tą pochodzącą z produktu Apple. Gdy zajrzy się w głąb systemu analogii jest jeszcze więcej: w menadżerze systemu, widoku katalogów i w wielu innych opcjach.

Pomimo tego Unity mi się podoba. Nawet bardziej niż Gnome. Gdybym miał wskazać, najbardziej interesującą opcję z pewnością przedstawiłbym, okienko pojawiające się po wciśnięciu przycisku Ubuntu. Stanowi ono świetne połączenie Launchpada i menu Start z Windows 7. Umożliwia uruchamianie programów, dokumentów, zdjęć jak i plików muzycznych oraz filmów. I to nawet wprost z sieci! Co więcej zawiera wyszukiwarkę, za pomocą której można odnajdywać dane, spośród tych, które znajdują się na dysku.

Negatywnie zaskoczyła mnie natomiast mała ilość opcji w ustawieniach systemowych. Twórcy systemu poszli najwyraźniej w kierunku uproszczenia obsługi, nawet kosztem możliwości. Zdaję sobie sprawę, że wszystko można zrobić z poziomu terminala, natomiast to nie jest wystarczające rozwiązanie dla zwykłego użytkownika.

Należy też wspomnieć o Centrum Oprogramowania, usłudze wzorowanej na Mac App Store. Od około półtora roku można znaleźć w niej także płatne aplikacje, a także, głównie anglojęzyczne, publikacje. Najważniejszy element to jednak łatwość instalowania programów, co zawsze doskwierało mi podczas obsługi Linuxa. Dziś z poziomu CO można dodać do systemu większość najważniejszego softu, za pomocą raptem kilku kliknięć. Co ważne, wszystkie bezpłatne rozwiązania, można ściągnąć bez zakładania konta. Z jej poziomu udało mi się rozbudować system, o prawie wszystkie potrzebne mi narzędzia. Ciekawym pomysłem, jest także dodanie do bazy CO, odsyłaczy do programów, których programiści z jakiegoś powodu nie zdecydowali się tam umieścić. Tak jest np. ze Skype, którego instalacja jest raptem o kilka kliknięć dłuższa.

Canonical próbuje ze swojego produktu uczynić OSX dla pecetów. Stąd też wyraźne zapożyczenia w wyglądzie, obsłudze jak i całej filozofii systemu. Ubuntu jest dziś ładne, proste… jednak brakuje tej płynności znanej z Maków. Pierwsze wrażenie, jest jednak jak najbardziej pozytywne i zachęca do dalszego testowania. A relacja, z prób ?okiełznania? tego systemu, pojawi się tu już w najbliższych dniach.