Żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Coraz mniej produktów, wykorzystywanych przez nas, tworzonych jest przez małe, lub lokalne firmy. Szybko w niepamięć odchodzą komputerowe „składaki”, które kompletowane były z różnych części. Zastąpiły je laptopy, które cenimy za markę konkretnego producenta, do którego możemy zwrócić cały sprzęt, gdy jakiś podzespół ulegnie awarii. Wciąż jednak, wiele firm kojarzy się z konkretnymi osobami – ich właścicielami. Microsoft z Billem Gatesem, Google z Larry Page. Co się dzieje gdy tego właściciela zabraknie? To widać po przykładzie Apple. 

Steve-Jobs-Steve-WozniakInformatyka to dziś z pewnością, jedna z najszybciej rozwijających się branż. Jeszcze 50 lat temu, nikt nie miał w domu komputera, a dziś mamy je nie tylko na biurkach, ale i w kieszeniach w postaci smartphone, plecakach w formie tabletów, a inteligentne systemy, coraz szybciej wkraczają także do samochodów, telewizorów, lodówek, a nawet pralek! To wszystko nie mogłoby się dokonać, bez sojuszów genialnych ludzi, pokroju Jobsa, Woźniaka, Gatesa i wszystkich innych, którzy stworzyli pierwsze komputery. Z drugiej strony, ich pomysły, nie mogłyby zostać zrealizowane, bez pieniędzy i udostępnionej technologii, co jest domeną wielkich korporacji. Dziś, te gigantyczne przedsiębiorstwa, mają jednak pewną wadę:  bardzo boją się ponieść porażki.

Aby zrozumieć o czym piszę, trzeba odnaleźć różnicę, pomiędzy zarządzaniem zwykłą firmą, a spółką giełdową. Ten aspekt jest tak naprawdę, najważniejszą różnicą, która dzieli od siebie te dwa rodzaje przedsiębiorstw. W mniejszych firmach, zarządzanie sprawuje prezes, którym zwykle jest właściciel, albo osoba przez niego wyznaczona. W spółkach, najważniejsze zdanie ma rada nadzorcza, która składa się z właścicieli… Gdy firma wciąż ma kogoś, kto posiada większościowy pakiet akcji, to w zasadzie wciąż rządzi w niej właściciel. Problem zaczyna się gdy kogoś takiego nie ma…

 Steve_Jobs_and_Bill_Gates_(522695099)

Niedawny ranking czasopisma Forbes, wskazuje, że Bill Gates odzyskał tytuł najbogatszego człowieka na świecie. Jak to jest jednak możliwe, skoro etap górowania Microsoftu w rankingach giełdowych, wydaje się być już odległą historią. I gdzie na tym rankingu jest ktoś związany z Apple, która obecnie warta jest ponad 500 miliardów dolarów i przechowuje na swoich kontach prawie 1/5 z tego?! No właśnie! Kto jest głównym właścicielem Apple? 

Każdy kto czytał biografię Steve Jobsa, wie, że w momencie, gdy został usunięty on ze stworzonej przez siebie firmy, sprzedał on cały swój pakiet udziałów, za wyjątkiem jednej akcji. Później, co prawda, stopniowo go odbudowywał, ale nic nie wskazuje na tym, aby miał majątek, w postaci ważniejszej liczby akcji tej spółki. To może Steve Woźniak, drugi ze współzałożycieli Apple? Nie, on także sprzedał swoje udziały. Ronald Wayne? Nie. Tim Cook? Nie. To, do cholery, kto? Nikt! 

Naprawdę. Gdy przeglądnie się, statystyki z giełdy amerykańskiej, można odnaleźć informację, że największym prywatnym właścicielem udziałów w tej firmie jest Arthur Levinson, ale jego udział i tak nie przekracza nawet 1%. Cała reszta rozbita jest pomiędzy właścicieli, nieposiadających nawet 5% akcji spółki. Są to głównie banki i towarzystwa inwestycyjne. I to im podlega Tim Cook. I tylko im.

120612AppleProducts_6289889Nietrudno się domyślić, jak bardzo takie towarzystwa nie znoszą ryzyka. Jak często są gotowe poświęcić wiele miliardów dolarów, na produkt, który wcale nie musi okazać się sukcesem? Praktycznie nigdy. Takie decyzje zapadają zwykle tylko wtedy, gdy firma i tak skazana jest na porażkę. Gdy natomiast, przedsiębiorstwa, którymi zarządzają takie fundusze, odnoszą sukcesy, to jedynym ich celem, jest utrzymanie korzystnej passy. I w taką pułapkę wpadło Apple. Steve Jobs, jako osoba, która wyciągnęła tę firmę z tarapatów, miał ich pełne zaufanie. Tim Cook, ma jednak trudniejszą sytuację. Steruje firmą, która odnosiła w ostatnich latach same sukcesy i jest liderem list giełdowych. Ma na swoim koncie dziesiątki miliardów dolarów. I inwestorzy nie chcą zaryzykować takiej perełki. A on, boi się zrobić chociażby rysę na wizerunku Apple, bo to mógłby za to zapłacić swoim stanowiskiem.

i to jest właśnie ta pułapka. Fundusze, którym podlega Tim Cook, nie chcą ryzykować. A on, bojąc się o swoje stanowisko, musi im sprzyjać. Może zatem wydawać tylko te produkty, które mają prawdziwe szanse na sukces. Inwestuje tylko w małe przedsiębiorstwa, które mogą przynieść wymierne zyski. I dlatego wciąż nie doczekaliśmy się zegarka z nadgryzionym jabłuszkiem, albo nawet sklepu z aplikacjami dla telewizorów. Należą do grupy ryzyka, którego nikt nie chce ponosić.

4-presentation-lessons-from-steve-jobs-iphone-4-press-conference

Tylko, że w tym wszystkim, umarła gdzieś fantazja, która jest przecież cechą wszystkich nowych produktów. Apple mając potężne laboratoria, najlepszych projektantów, programistów, grafików, wydaje po roku pracy, telefon, który różni się od poprzednika tylko skanerem linii papilarnych i podwójną diodą led. A co chwila słyszymy tylko o ciekawych patentach, które są tylko papierowymi projektami. Zrealizowanie ich mogłoby przynieść porażkę, a na to, nie warto się narażać.

Zupełnie inaczej jest w firmach, w których właściciele wciąż mają najważniejsze słowo. Google nie boi się przepłacić za Motorollę, aby ratować od patentowej pułapki Androida. Także Microsoft, dla „wyższych celów” kupuje Skype, chociaż ma swój, bardzo dobry komunikator. Nawet Mark Zuckerberg, przepłaca za WhatsApp, ale… przecież mu wolno! To jego firma. I to jest właśnie przywilej właściciela. Może, dla samej „radości tworzenia” zaryzykować swój najlepszy produkt i usprawnić go o opcje, które są według niego interesujące. A jeśli straci, to straci tylko on. Pracownik, od którego oczekuje się jedynie sukcesów, nigdy się tego nie podejmie.

Gielda-krok-po-kroku

I tutaj ciężko mieć nadzieję na zmianę. Doceniam to, że część z firm, w ramach swojego działania, wspiera użytkowników, choć nie do końca ma w tym zysk. Mowa tu chociażby o wpłatach Google na rzecz Firefoxa, lub programie partnerskim Microsoftu dla studentów. Niestety i tutaj zawodzi Apple, jakby nie chcąc stracić ani dolara, na akcję, na której nie zarabia. Liczę jednak, że rosnąca w siłę konkurencja, w końcu wymusi na Timie Cooku bardziej radykalne zmiany. I w tym względzie liczę na porażkę Apple. Wbrew pozorom, może ona przynieść użytkownikom więcej, niż ciągłe sukcesy tej firmy.