O firmie Google ostatnio bardzo dużo się mówi – głównie ze względu na to, że wciąż wprowadza nowe innowacyjne usługi, które jeszcze bardziej ułatwiają korzystanie z sieci. Jednak coraz głośniej robi się o ciemniejszej stronie działalności tej firmy. Czy już wkrótce może okazać się, że ta gigantyczna spółka zamiast być przyjaznym dla użytkowników przewodnikiem po sieci, jest szpiegiem gromadzącym o nich setki gigabajtów danych?

Gigant z Mountain View już kilkakrotnie przyznawał się do gromadzenia danych o użytkownikach. W poprzednim tygodniu wybuchła duża afera, gdy Król Wyszukiwania poinformował, że omyłkowo przechwytywał i zapisywał dane z niezabezpieczonych sieci WiFi podczas fotografowania ulic dla usługi Street View. Do sądów wpływają już pierwsze pozwy od użytkowników domagających się odszkodowań od spółki za naruszenie ich prywatności.

To na pewno nie pierwsza i nie ostatnia taka sytuacja z tym Informatycznym Gigantem na czele. Dla przeciwników tej firmy to tylko kolejny argument, żeby jej usługi omijać szerokim łukiem. Zwolennicy natomiast uważają, że tak naprawdę nic się nie stało i nie ma się czym przejmować. Kto tak naprawdę ma rację?

To, że Gigant z Mountain View zbiera dane o użytkownikach jest raczej pewne. Warto się więc zastanowić co z tymi informacjami robi. Ponieważ ma obowiązek działać zgodnie z prawem, nie może tych wiadomości nikomu przekazywać, odsprzedawać i nigdzie publikować. Dozwolony użytek takich treści to personalizowanie reklam – czyli przygotowywanie reklam pod konkretnego użytkownika. Oczywiście zajmują się tym odpowiednie algorytmy komputerowe, nie ma więc mowy o tym, żeby jakikolwiek pracownik korporacji przeglądał naszą historię wyszukiwania czy odczytywał o nas dowolne informacje. Poza tym spółce można wykorzystywać je do sporządzania statystyk, które jak wiadomo są zupełnie anonimowe i także sporządzane przez komputery.

Aplikacje Google’a też szpiegują!

Tak to prawda. Wiele aplikacji od Lidera Wyszukiwania  wysyła informacje o tym jak programu używany. Na pierwszy rzut oka wydaje się to być rzeczą niezgodną ze wszelkimi normami. Należy jednak pamiętać, że są to informacje zupełnie anonimowe – nigdzie nie są zapisywane komunikaty skąd te dane pochodzą. Dlatego jedynym celem dla których te wiadomości są zapisywane to badanie tego z jakich funkcji użytkownicy korzystają najczęściej, a z jakich najrzadziej. Pozwala to firmie, tworzyć aplikacje takie jakich użytkownicy potrzebują najbardziej i to być może dzięki temu programy tej spółki uchodzą za najlepsze na rynku.

A co z podsłuchiwaniem?

Nadal nie rozwiązana pozostaje kwestia przechwytywania danych użytkowników, podczas fotografowania miast dla usług Google. Pomimo mnóstwa różnych spekulacji, najprawdopodobniejsza wydaje się wersja spółki. Świadczyć może o tym to, że sama się do tego procederu przyznała – a gdyby miała coś naprawdę do ukrycia, wolałaby raczej o tym nie mówić. Po drugie użytkownicy, których dane zostały zgromadzone sami są sobie winni. Korzystali z niezabezpieczonych sieci, które podsłuchiwać może każdy, w dość prosty sposób. Pretensje do Giganta z Mountain View wydają się więc nieuzasadnione – to tak jakby wysłać list w otwartej kopercie i mieć zażalenia do Poczty Polskiej, że ktoś ten list przeczytał. Poza tym danych jest naprawdę nie wiele – bo ile można zdobyć w kilkanaście sekund – a tyle tylko pojazdy Google były w zasięgu pojedynczej sieci WiFi.

            Na razie wydaje się więc, że działania Google’a ani żadnej z większych informatycznych korporacji są całkowicie zgodne z prawem. Pozostaje mieć nadzieję, że pomimo iż mają techniki do prawdziwego inwigilowania użytkowników, nigdy z nich nie skorzystają.