surethingOdkąd kierownictwo w Apple przejął Tim Cook, firma przeszła wiele zmian. Jedną z nich było przejście na roczny cykl wydawniczy także w przypadku systemów desktopowych. Pozwala to szybciej udostępniać użytkownikom nowe opcje, a tym samym rozszerzać możliwości komputerów, oraz ułatwiać ich obsługę. Niestety, chociaż dla większości domowych użytkowników to bardzo ciekawe rozwiązanie, to dla wielu profesjonalistów to istna udręka. I dlatego Tim Cook powinien wziąć przykład… z Ubuntu.

Cykl rozwoju systemu OS X od lat jest znany. Najpierw jego publiczna prezentacja, na jednej z konferencji Apple, po której następuje udostępnienie wersji beta dla deweloperów, a po kilku miesiącach ukazuje się ostateczne wydanie dla użytkowników. Doświadczenie pokazuje jednak, że sporej części błędów nie udaje się odnaleźć w fazie beta testów i dopiero gdy system trafi na miliony komputerów końcowych użytkowników, wychodzą na jaw informacje o błędach. Aby się z nimi uporać, tworzone są zestawy poprawek do systemu, wydawane w formie dużych aktualizacji, po kilku miesiącach od premiery. Profesjonaliści i osoby, które kładą główny nacisk na bezproblemową pracę, często nie chcą uczestniczyć w tym procesie testowania oprogramowania na końcowych użytkownikach i wstrzymują się z aktualizacją do wydania pierwszego albo drugiego zestawu łatek, który wnosi zwykle zdecydowanie stabilniejszą pracę.

Taki cykl rozwoju nie jest znany tylko w Cupertino. Bardzo podobnie postępuje Microsoft, wydając kolejne wersje systemu Windows. Wielkie firmy oraz wszyscy użytkownicy, którzy wykorzystują system do codziennej pracy, czekają bardzo często z aktualizacją do wydania pierwszego Service Packa, zanim zdecydują się na aktualizacje. To zrozumiałe, bardzo trudno jest w fazie testów sprawdzić produkt we wszystkich zastosowaniach, a każdy użytkownik to nieco inne podejście do komputera. Dopiero gdy udostępni się go milionom użytkowników na całym świecie, wyraźnie widać, jakie poprawki trzeba nanieść w swoim produkcie. I wszystko jest w porządku… jeśli nie porzuca się od razu jego poprzedniej wersji.

A tak robi Apple. Po wydaniu kolejnej, stabilnej wersji systemu OS X, w Cupertino niemal natychmiast zapomina się o jego poprzedniku. Kanał aktualizacji praktycznie zamiera, a Mac na każdym kroku zaczyna przypominać o możliwości aktualizacji. Co gorsza, od pewnego czasu zostało także znacznie skrócone wspieranie poprzednich wersji systemu w komputerowym AppStore. Teraz spora część programów, działa wyłącznie na najnowszej wersji OS X, pozostawiając na lodzie użytkowników, którzy z jakiegoś powodu nie zdecydowali się na update systemu.

I tutaj najwyraźniej widać różnice pomiędzy Apple a Microsoftem. Gigant z Redmond nawet po premierze nowego produktu, nie rezygnuje ze wspierania jego poprzedników i wydaje nie tylko łatki bezpieczeństwa, ale tworząc nowe produkty, myśli także o użytkownikach poprzednich wersji „okienek”. I tym samym najnowsze Visual Studiu odpalimy bez problemu na Windows 7, który swoją premierę miał w 2009 roku. Dla porównania najnowszego Apple’owego XCode nie można uruchomić na Mavericksie, wydanym w 2013 roku.

Przy rocznym cyklu aktualizacji OS X, Timowi Cookowi byłoby bardzo trudno zapewnić wsparcie przez tak długo, jak oferuje to Microsoft. Musiałby wydawać łatki dla kilku systemów wstecz, a jak wiadomo każda nowa wersja to poprawki nie tylko w wyglądzie czy funkcjonalności, ale również w samym jądrze produktu, które z wydania na wydanie także dostaje wiele poprawek. Mogłoby to wiązać się z tym, że każdą wersję trzeba by wspierać osobno, co z pewnością wiązałoby się z potężnym nakładem sił dla niewielu użytkowników, którzy niezainstalowanie aktualizacji.

Dlatego tym razem Apple powinno wziąć przykład z Ubuntu i podobnie jak on wspierać swoich użytkowników. Ten w pełni otwartoźródłowy projekt, aktualizowany jest jeszcze częściej niż OS X i zwykle co pół roku jego użytkownicy otrzymują kolejną wersję, która wnosi nie tylko nowe opcje, ale także poprawki w interface, najnowsze kompilacje jądra Linuxa itp. Zapewne nawet open source’owa społeczność nie dałaby rady zapewnić wsparcia dla tylu wydań produktu, więc zdecydowano się na inny krok. Co dwa lata wydawany jest system oznaczony symbolem LTS (Long Term Support). Otrzymuje on wsparcie zdecydowanie dłużej niż pozostałe produkty, przez co decydują się na niego użytkownicy, którzy wykorzystują Ubuntu do pracy i nie mogą pozwolić sobie na przestoje, spowodowane błędami systemu. Tacy użytkownicy rezygnują z mniejszych, copółrocznych wydań i aktualizują go co dwa lata, gdy pojawi się nowa wersja LTS.

I taki krok powinno przyjąć Apple, rozwijając OS X. Raz na kilka lat, powinna wydać dużą wersję systemu, który otrzymywałby aktualizacje zdecydowanie dłużej niż pozostałe. Tym samym osoby, które są zmęczone częstymi aktualizacjami i nie potrzebują nowych funkcjonalności, mogłyby korzystać z wydania z dłuższym wsparciem przez kilka lat. To byłaby ważna nowość w świecie Apple, która pokazałaby, że OS X nadaje się także do bardziej długodystansowych celów.

Jednocześnie z takim wydaniem Apple musiałoby odejść od jeszcze jednej swojej praktyki. Obecnie kupując nowy komputer, nie można wgrać na nim starszej wersji systemu OS X. Nie ma on odpowiednich sterowników, a nawet mając jego instalator na pendrive, odmówi on współpracy znajnowszym komputerem. Wersja z długoletnim wsparciem powinna być przeznaczona również dla użytkowników, którzy kupią system dopiero po kilku latach od jej premiery. Apple powinno więc aktualizacjom ją również pod kątem tych urządzeń i udostępniać użytkownikom, którzy będą woleli ją zamiast najnowszej wersji OS X.

Taki krok byłby świetnym kompromisem pomiędzy potrzebami domowych użytkowników, którzy wciąż co roku otrzymywaliby nowe funkcjonalności, a zastosowaniami firm i profesjonalistów, którzy nad nowe opcje kładą ciągłość i bezawaryjność pracy. Tim Cook mógłby więc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, zadowalając jeszcze większą grupę użytkowników, nie poświęcając niczego, co osiągnął do tej chwili.

I wtedy Windows straciłby ważną przewagę nad OS X. No, chyba że okaże się, iż już Steve Jobs wolał, żeby tacy użytkownicy korzystali z “okienek”. Przyglądając się współpracy pomiędzy Apple a Microsoftem, wcale nie byłbym tym zaskoczony.