surething

Niedawne zmiany w Google wskazują jednoznacznie: firma wycofuje się z inwestowania w swój portal społecznościowy i zamierza skupić się na bardziej udanych projektach. To z pewnością jedna z najtrudniejszych decyzji szefów giganta wyszukiwania, bo do niedawna pokładali jeszcze duże nadzieje w tej usłudze. Podsumowując historię tego serwisu, można wywnioskować, że jego porażka wynika z faktu, iż Google po prostu się spóźniło. I to powinna być dziś nauczka nie tylko dla nich, ale także dla Apple.

Wiadomości z Mountain View w ostatnim czasie są jednoznaczne: firma przydziela pracownikom tworzącym dotychczas Google+ nowe, zupełnie inne zadania i zamierza wycofać się z siłowego integrowania tej platformy z pozostałymi usługami. Nie musi oznaczać to od razu definitywnego zamknięcie portalu społecznościowego, w który  zainwestowano tak duże miliony, ale raczej spowoduje, że firma skupi się teraz na pozostałych usługach, przynoszących większy zysk. Dla Internautów nie będzie to żadnym szokiem – wszak dla przeważającej większości był tylko ciekawostką. Warto jednak przeanalizować, co doprowadziło do tego, że wielki pomysł, wielkiej korporacji, w który włożono wielkie pieniądze, okazał się ostatecznie wielką porażką.

O konkurencji Google dla Facebooka mówiło się już bardzo długo przed prezentacją oficjalnego projektu. W sieci pojawiały się setki plotek z prawdopodobnymi cechami i funkcjami nowego serwisu. Wiele z nich było naprawdę interesujących i mogących sprawić, że konkurent mógłby znaleźć się w tarapatach. Co ważne, sądząc po zapowiedziach, wielu użytkowników było gotowych pożegnać się z Facebookiem i przenieść się na nową usługę, tylko z powodu niechęci do działalności Marka Zuckreberga.

Działo się to w połowie 2010 roku,  więc w czasie gdy Facebook rósł w siłę i masowo zyskiwał wielu użytkowników. Wiele wtedy mówiło się o projekcie Google Me, o pracach nad którym, poinformował nawet były dyrektor Facebooka. Konferencja na której firma miała pochwalić się swoim dziełem, należała do najbardziej wyczekiwanych. Gdy jednak nadszedł ten dzień, okazało się… że zaprezentowano na niej nowy schemat wyszukiwania grafiki. O serwisie społecznościowym nie padło nawet słowo. Po tej chwili entuzjazm dla nowego portalu znacząco osłabł. Na rzeczywistą jego premierę przyszło nam czekać rok dłużej. Gigant dopiero 28 czerwca 2011 roku, pokazał światu Google+.

Usługa nie miała łatwego startu, nakładała na swoich klientów obowiązek korzystania z prawdziwego imienia i nazwiska, oferowała inny od Facebooka interface i przede wszystkim nie miała tylu użytkowników co konkurent. To sprawiło, że wiele osób nawet na nią nie spojrzało. Aby zmienić ten fakt, Google chwytało się różnych metod, głównie polegających na integrowaniu pozostałych usług z nowym portalem. Początkowo włączono do niej użytkowników Gmaila, a później nawet YouTube. Pomogło to zwiększyć liczbę zarejestrowanych w „Plusie”, ale nie przyniosło oczekiwanego rezultatu, w kwestii zwiększenia ruchu na stronie. Dalsze, nawet radykalne kroki, polegające na przebudowie designu, były już próbą ratowania umierającego. Stąd najwyraźniej ostatnie kroki, polegające na przenoszeniu najbardziej aktywnych pracowników do innych projektów. Niestety jest to równoznaczne, z powolnym wycofywaniem się z sieci społecznościowej.

Zwolennicy „Zielonego Robocika”  uznali, że to sprzęt godny uwagi, bo przełamał wiele barier, przed którymi wstrzymywali się twórcy innych urządzeń. Był smartfonem ponadprzeciętnie dużym, z rysikiem, którego przecież „zabiło” Apple i w dodatku nigdy nie zdefiniowano czy to telefon czy tablet. Natomiast maniacy Apple, uczynili z tego urządzenia główny punkt krytyki i wyśmiewania się z Samsunga. Uznali, że nie będzie się dało go obsługiwać, nie zmieści się do żadnej kieszeni, a przez to zostanie jedynie ciekawostką na rynku. Apple w tym roku pokazało, kto tak naprawdę miał rację.

Tego, że iPhone 6 Plus jest odpowiedzią na Samsunga Galaxy Note nie kwestionuje raczej nikt. Oba te urządzenia mają podobne rozmiarowo ekrany, a w dodatku wyposażone zostały w wiele podobnych opcji – takich jak chociażby tryb obsługi jedną ręką. I jest to wielki sukces Samsunga, bo udowadnia, że „uczeń przerósł mistrza” i dziś to mistrz uczy się od ucznia. I Note wciąż w wielu kwestiach wyprzedza wielkiego iPhone. Ma rysik, bardziej rozbudowaną wielozadaniowość, szybsze podzespoły i inteface dostosowany do wielkiego ekranu. To pozwala jeszcze lepiej wykorzystać go w pracy. 6+ to wciąż tylko „duży iPhone”. Z pewnością nauczy się i tych opcji, ale potrwa to kolejnych kilka lat. W tym czasie Samsung będzie miał okazję udoskonalać coś nowego. I teraz to w Cupertino muszą gonić projektantów z Korei.

Jak jednak udało się osiągnąć ten sukces? Doskonale pamiętam, że Samsung po sukcesie SII nie spoczął na laurach i zaczął prezentować bardzo różne konfiguracje swoich urządzeń. Na przełomie 2011 i 2012 roku co chwila dowiadywałem się o nowych modelach tego producenta. Był Beam z projektowem, Duos z obsługą dwóch SIM, Nexus z czystym Androidem i wiele, wiele innych projektów. A wśród nich Note z wielkim ekranem. Rynek wskazał, których smartfonów chcą użytkownicy a Samsung poszedł tą drogą. I dziś Note ma już wyrobioną pozycję na rynku, a nowy iPhone musi dopiero o nią zawalczyć.

W tym wszystkim piękne było to, że Samsung nie bał się ponieść porażki. Dziś nikt już o nieudanych projektach nie pamięta, a Koreańczycy mogą chwalić się od jak długa w ich ofercie jest Note. Mają w dodatku doświadczenie, w kwestii potrzeb użytkowników fabletów, jakiego brakuje Apple. I dlatego, jako użytkownik wielu iUrządzeń, chcę pogratulować Samsungowi. iPhone 6+ jest Waszym sukcesem i Waszym zwycięstwem. Pokazaliście, że warto próbować, łamać stereotypy, bo można dzięki temu wiele osiągnąć. Świetna robota! Apple musi jeszcze wiele się od Was nauczyć.

I co ważne Samsung nie poprzestaje na tym. Na rynku pojawiają się wygięte smartfony tej firmy, które choć wciąż mają sporo wad, pozwalają nauczyć się jak dopracować tę opcję, tak by była jak najlepsza dla użytkowników. Jeśli to się uda, Samsung znów będzie mógł powiedzieć „my byliśmy pierwsi”. A jeśli nie, zapomnieć o projekcie i zająć się czymś innym. I przyznaję, że takiego podejścia odczekiwałbym od Apple. W Cupertino nie zawsze wiadomo czego chcą użytkownicy. Pokazała to zarówno porażka iPhone 5c, jak i wielki popyt na 6+. I warto pozwolić im o tym zdecydować.